Sezon na dynie
Do dyni przekonałam się zupełnie niedawno, właściwie dopiero wtedy gdy zaczęłam ją uprawiać w ogródku. Z nadmiaru urodzaju zaczęłam szukać przepisów, wdrażać je w życie i degustować. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Dynia jest niby znana u nas od wieków, ale dopiero od niedawna jest doceniona i wykorzystywana w kuchni na tak wiele sposobów. W sieci krążą miliony przepisów na dyniowe placki, musy, farsze, zupy, kotlety, serniki, torty, tarty, gnocchi, ciasta, przetwory, zapiekanki, muffinki i inne dania wytrawne czy słodkie, albowiem dynia to produkt uniwersalny i wielozadaniowy. Oprócz miąższu jadalne są też pestki oraz… kwiaty. Tak, kwiaty dyni, podobnie jak popularne już kwiaty cukinii również można nadziewać, smażyć, zapiekać. Do tego dynia jest dość prosta w uprawie i można ją długo przechowywać. Same zalety 🙂 No i jest zdrowa.
Uprawa – uprawiamy jak inne dyniowate (np. cukinie) z rozsady lub wysiewamy nasiona wprost do gruntu. Dynia nie jest trudna w uprawie, dość dobrze znosi trudne warunki, wymaga jednak przestrzeni. Rozłożyste pędy dyni pokryją napotkane po drodze kilometry kwadratowe Twojej działki, zarastając wszystko co napotkają na trasie. W tym roku przekonałam się jak ważne jest zachowanie dystansu pomiędzy odmianami, gdy posadzone na małej powierzchni zbyt blisko siebie, niektóre pokrzyżowały się wydając na świat dziwolągi, o których opowiem w dalszej części. Przez lato o posadzonych dyniach możesz właściwie zapomnieć, aż do jesieni, kiedy trzeba przeprowadzić zbiory. Najlepiej bladym świtem po pierwszej wrześniowej nocy z księżycem w pierwszej kwadrze wejść z maczetą między 3 a 4 rano na dyniowe pole i zebrać plon. No dobra, żartowałam 🙂 Dynie nie dojrzewają w systemie: „wszystkie na raz”. Najlepiej zbiory przeprowadzać „po trochu”, obserwując owoce. Dojrzały egzemplarz jest gotowy do zerwania, gdy ma zdrewniałą końcówkę, odcinamy go wtedy sekatorem razem z tym ogonkiem – to ważne! – ogonek jest niezbędny do właściwego przechowywania dyni. Najważniejsze to zdążyć ze zbiorami przed pierwszym jesiennym przymrozkiem, o czym przekonałam się rok temu, gdy niespodziewane ujemne temperatury już we wrześniu załatwiły mi sporą część dyniowego poletka w ciągu jednej nocy.
Przechowywanie – Dynia jest niczym wino – im dłużej poleży tym smaczniejsza będzie. Najlepiej po zerwaniu wystawić dynie na światło słoneczne i pozwolić im na tym słoneczku poleżakować przez jakiś czas. Nabiorą wtedy właściwego koloru i smaku. Wybarwione i nasłonecznione przechowujemy w chłodnym, ciemnym miejscu. Zakładam , że nie każdy ma piwnicę czy strych z przeznaczeniem do składowania dyń, co z tym zrobić? Można upiec nadmiar i zamrozić w kawałku, lub po upieczeniu zblendować na puree, upchać do woreczków i zamrozić w takiej właśnie postaci. Warto przed zamrożeniem odmierzyć gotowe porcje do swoich ulubionych przepisów i je opisać na woreczkach do mrożenia: np. „dynia piżmowa, 300 g”. W ten sposób, gdy nas przypili na coś słodkiego w środku zimy, wyciągniemy do rozmrożenia gotową porcję do zrobienia muffinek.

Dynie w bazie Part Thyme – sezon 2016
Jest połowa października i wszystkie dynie są już przywiezione z pola, nadszedł więc czas na podsumowanie tegorocznych plonów. Będzie o tym, co miało urosnąć i o tym co urosło zamiast tego 😉

Marina di Chioggia
Chluba i duma mojego ogródka dyniowego, creme de la creme wśród dyń. Odmiana, którą hoduję po raz pierwszy. Przepiękna i okazała. Wyhodowałam kilka sztuk i długo czaiłam się przed rozkrojeniem pierwszej Mariny. Zaplanowawszy uprzednio dyniowe menu na cały tydzień, w końcu się odważyłam i rozparcelowałam najbardziej dojrzały egzemplarz. Moje zaplanowane menu nie doszło do skutku, albowiem połowę towaru zjadłam bezpośrednio z blachy zaraz po upieczeniu, posypując upieczone kawałki odrobiną soli. Niebo w gębie. Aksamitna, kremowa i zwarta konsystencja, szlachetny smak.


upieczona Marina di Chioggia

Marina zaraz po zerwaniu (ta duża pośrodku) i po leżakowaniu na słońcu (ta szaroniebieska u góry)
Hokkaido
Te małe dynie można jeść razem ze skórką (oczywiście nie na surowo). Mają zwarty, smaczny miąższ o orzechowym posmaku. Dobra do zapiekania, gulaszy, farszów czy warzywnych curry. Ta popularna odmiana jest dość wczesna i plenna, mało wymagająca w uprawie. U mnie zbiory zaczęły się już w połowie sierpnia.



Muscat de Provence
„Zupowa dynia” – tak na nią mówię. Miąższ bardzo pomarańczowy, soczysty i słodki, trochę rozwarstwia się na pojedyncze włókna niczym pomarańcza. Idealna na zupę – krem lub do smażonych placków. Poznasz ją po charakterystycznym użebrowaniu skórki.

Muscat (po prawej) świeżo po zerwaniu. Później przejdzie kolorem z zielonego w ceglasty

Dynia piżmowa
Zwana również squashem (ponoć najpierw przez Indian). Ma maślany, kremowy smak i dużą zawartość dyni w dyni 😉 Dynia piżmowa to praktycznie sam miąższ z niewielkim gniazdem nasiennym. Najbardziej uniwersalna z dyń. Dobra do pieczenia, na przetwory, do ciast, muffinów. Niepozorna z wyglądu ale bardzo smaczna.


…i reszta świata czyli kundelki
Kilka odmian pokrzyżowało się między sobą, w związku z czym mamy tu takie kwiatki…

Odpowiedzialność za te geny ponoszą: Sweet Dumpling i Dynia Piżmowa (tak podejrzewam). Ciekawe jest to, że tych maleńkich kundelków było całe mnóstwo, a właściwy egzemplarz Sweet Dumpling owocował w zawrotnej liczbie 1 (!). Natomiast to zielone, podłużne na zdjęciu poniżej, to dziecko Muscata i Dyni Piżmowej, w którego wnętrzu ukrywa się squash o konsystencji dyni Muscat.


Kolejny wynalazek to ten po prawej. Miałam nadzieję,że to Acorn Squash (bo jeden krzaczek powinien być) ale nie, to raczej skrzyżowanie dyni Muscat z dynią Sweet Dumpling. Nauczka na przyszły rok – nie sadzić Muscatów i Piżmowych zbyt blisko innych odmian.

To tyle ode mnie z dyniowego frontu. A Wy? Zebraliście już nasiona swoich ulubionych odmian? Polecacie jakąś konkretną na przyszły rok? Podzielcie się w komentarzach!


